źle się czuję z tym, że myśl o rozstaniu przynosi mi ulgę.
o rozstaniu a nie o tym, że zabraknie go w moim życiu. rozstanie by znaczyło, że jestem wolna.
gorzej, że on też, ja nie lubię jak coś mi się odbiera, nawet jeżeli to jest coś czego nie chcę.
nie, może to jest to, że zawsze chciałam być dla niego ważna, a nie zdążyłam być, dlatego tak boli, jeżeli ktoś mi to odbiera?
czy to czyni mnie złą?
to będzie kolejny trudny czas.
(moje życie lubi swą cykliczność, to, że pewne okresy powtarzają się i to niemalże z dokładnością co do miesiąca, rok w rok. więc wyciągając z tego wnioski mogę stwierdzić, że ostatecznie rozstaniemy się ok. lutego.)
**
kto to czyta, niech nie wyciąga pochopnych wniosków. wyrzuciłam z siebie tylko niektóre, pływające na wierzchu myśli, tylko trochę się starając aby przedstawiały jedną, spójną, całość. jeszcze trochę potrwa zanim zrozumiem co czuję, nauczę się to nazywać i się do tego przyznam. na razie nadal się odcinam. (może to zniknie zanim się zdecyduję?)
to wszystko to tylko skrót myślowy.
w końcu ten blog to taka.. no, szuflada. składnica tych wszystkich rzeczy, które wcale nie wszystkim mogę powiedzieć, a nawet nie bardzo chce mówić komukolwiek.
moja czarna dziura.
**
robi mi się niedobrze jak myślę o tym, że on może mnie tak jeszcze kiedyś potraktować, poniżyć, stłamsić, obrazić, zranić.
i nie mogę znieść tego, że go zranię, zostawię, kiedy on mnie potrzebuję.
(znowu wymiguję się od decyzji)
muszę się z tym przespać.
sama.