Dirty little secrets

Nov 30

Jun 21

Jan 5

no a tak poza tym to mimo, ze rozstalismy sie w styczniu (grudniu?) nie znaczy, ze “cykliczny charaktem mojego zycia” nie istnieje. istnieje! bylismy dokladnie ze soba rok i trzy miesiace. to znaczy okolo dokladnie rok i trzy miesiace. z moja poprzednia wielka miloscia bylismy ze soba tez rok i trzy miesiace. okolo.

(to nie znaczy ze g byl moja kolejna wielka miloscia, nie byl)

hm.. tylko rozniece trzeba wskazac - za tamtym razem to ja zostalam porzucona, to ja cierpialam i robilam wszystko, zeby to odwrocic, nie moglam sie pogodzic z tym, ze tak naprawde nie moge zrobic nic. heh.. tym razem probowalam sie rozstac przez jakies dwa miesiace i nie udawalo mi sie to (“nie mozemy byc bez siebie”). i w koncu oddalilam sie na tyle, ze jego zaczelo to bolec i to on ze mna zerwal twierdzac, ze “to ja wszystko spierdolilam”. I teraz to niestety on sam podjal ta decyzje i sprobuje zrzucic wine na mnie (udaje mu sie to). A latwiej by mi bylo gdybym to ja zerwala a on nie moglby sie z tym pogodzic. Teraz on “zrozumial” i “przeszedl nad tym do porzadku dziennego”. I nie teskni. Nie cierpi. Nie czuje, ze jestem nieosiagalna, bo to on mnie zostawil. A powinno byc troszeczke inaczej.

Chuj z tym, jakos przeboleje, zajmie mi to pewnie ok miesiaca (biorac pod uwage to, ze od dluzszego czasu sie do tego przygotowywalam) i bedzie ok. Potem on zacznie zalowac. A ja juz zapomne.

Tak naprawde to czuje taka cudowna wolnosc.

To nie znaczy, ze rozstanie zlikwidowalo wszystkie moje problemy, bo pod wplywem g zaszly we mnie pewne istotne zmiany - na sile staram sie dystansowac do wszystkich ludzi, z roznym skutkiem ale na pewno nie umiem juz rozmawiac z ludzmi o moich uczuciach. Mam blokade. Tylko do niektorych potrafie sie odezwac. Do tych, ktorzy nie moga mnie zranic i rozczarowac. Duzo mowie d. duzo mowie kalinie. Mojej wlasnej dziewczynie nie potrafie nic powiedziec. I nawet nie moge sie tak naprawde w zwiazek z nia zaangazowac. (Tak, moja dziewczyna, to ta z ktora probowal mnie zeswatac moj byly twierdzac, ze to sprawi, ze miedzy nami bedzie lepiej - skutek ja sama przewidzialam bezblednie). Nie ufam jej, boje sie ze mnie zdradzi, ze nie bedzie mnie traktowala powaznie albo ze bedzie kolejna osoba ktora mnie rozczaruje, zawiedzie. A do tego nie moge doprowadzic.

Musze poukladac swoje uczucia i emocje.

Nie oczekujcie ode mnie wybuchow zazdrosci, nie jestem do nich zdolna. bede plakac po kontach, ale wy nie uslyszycie ani slowa o tym co naprawde czuje.

To d mi powiedziala ostatnio zebym nie przymulala. A jak powiedzialam ze nie przymulam to powiedziala, ze owszem, ale jak nikt nie patrzy.


miałeś cierpiec, płakac i żałowac a nie się z tym pogodzic kurwamac.


Dec 5

tak ja tez mam swojego emo bloga do wylewania zali. dlatego wy o nich przestaliście sluchac. i odwrotnie, mam go dlatego, ze juz nie chce o tym z nikim rozmawiac. i nie, nie zobaczycie go.


Nov 28

źle się czuję z tym, że myśl o rozstaniu przynosi mi ulgę.

o rozstaniu a nie o tym, że zabraknie go w moim życiu. rozstanie by znaczyło, że jestem wolna.

gorzej, że on też, ja nie lubię jak coś mi się odbiera, nawet jeżeli to jest coś czego nie chcę.

nie, może to jest to, że zawsze chciałam być dla niego ważna, a nie zdążyłam być, dlatego tak boli, jeżeli ktoś mi to odbiera?

czy to czyni mnie złą?

to będzie kolejny trudny czas.

(moje życie lubi swą cykliczność, to, że pewne okresy powtarzają się i to niemalże z dokładnością co do miesiąca, rok w rok. więc wyciągając z tego wnioski mogę stwierdzić, że ostatecznie rozstaniemy się ok. lutego.)

**

kto to czyta, niech nie wyciąga pochopnych wniosków. wyrzuciłam z siebie tylko niektóre, pływające na wierzchu myśli, tylko trochę się starając aby przedstawiały jedną, spójną, całość. jeszcze trochę potrwa zanim zrozumiem co czuję, nauczę się to nazywać i się do tego przyznam. na razie nadal się odcinam. (może to zniknie zanim się zdecyduję?)

to wszystko to tylko skrót myślowy.

w końcu ten blog to taka.. no, szuflada. składnica tych wszystkich rzeczy, które wcale nie wszystkim mogę powiedzieć, a nawet nie bardzo chce mówić komukolwiek.

moja czarna dziura.

**

robi mi się niedobrze jak myślę o tym, że on może mnie tak jeszcze kiedyś potraktować, poniżyć, stłamsić, obrazić, zranić.

i nie mogę znieść tego, że go zranię, zostawię, kiedy on mnie potrzebuję.

(znowu wymiguję się od decyzji)

muszę się z tym przespać.

sama.


Nov 25

..

moje sny nie dają mi spokoju.

śniła mi się koleżanka ze studiów, taka która od początku mi się spodobała, w tym śnie kochała mnie.. a świadomość, że mam G tkwiła tylko i wyłącznie gdzieś głeboko w mojej głowie i zupełnie mnie to nie obchodziło. Liczyła się tylko ona.

I nawet nie wiedziałam, że to sen. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero jakieś dwie godziny po obudzeniu się (coraz gorzej ze mną).

najgorsze jest to, że tak naprawdę nie chodzi o to, że śnią mi się moje marzenia, tylko te uczucia ze snu wypełniają mnie tak no samej najgłębszej głębi i zaczynam wierzyć, że czegoś chce, jeżeli we śnie czuję się cudownie.

nie, nie chcę z nią :P

chcę, żeby mi było dobrze, tak dobrze jak w tym śnie.

..

bardzo bym chciała już mieszkać bez mojej matki, gdziekolwiek, tylko nie z nią, każda rozmowa z nią sprawia, że czuję się jakbym miała w głowie kamień zamiast mózgu. O.o

mam już dosyć. heh…

nie chcę już wracać do domu, ani tak naprawdę spotykać się z nikim, po prostu chcę spokoju, stuprocentowego.

dziś miałam się spotkać z G. ale od powiedział, że pracuje cały dzień. ta. wstał o 15. i dopiero pojechał do pracy. wkurwia mnie to jak nic innego. bo to pokazuje, że mu wcale nie zależy.

miałam też spotkać się z K. a że umówiłam się z moją koleżanką D, że do niej wpadnę, to pomyślałam, że ewentualnie K mogłaby tu dojechać. ale K zaspała i poszła do pracy na późniejszą godzinę. heh… więc już się z nią nie umawiałam.

mam pustkę w dołku. tak, to tam, gdzie zwykle umiejscawiają się niektóre z pozytywnych emocji. i negatywnych też.. tylko, że ta pustka.. jest po prostu kolejnym kamieniem.

taka już ciężka się czuję i trudno mi oddychać.

czuję, że potrzebuję się wypłakać, ale raczej nic z tego nie wyjdzie.

za bardzo się odcięłam.

ciekawe, co będzie jutro. (kolejny wolny dzień o którym nie wie moja matka, do tego powiem jej, że idę do pracy, w domu muszę być na 23, heh).

jednak pewne mój chłopak raczej nie znajdzie dla mnie czasu (jak zwykle).

whateva!

wracam do domu.

(dobrze chociaż, że mam sagę o Ludziach Lodu do czytania.)


Nov 24

(via whenitraeens)


spluje

dzieją się ze mną dziwne rzeczy, nie potrafię już ocenić, czy jestem bi, czy hetero, czy może homo.. ostatnio naprawdę przestałam panować nad swoimi uczuciami, straciłam kontakt z moją podświadomością (a wydawało się, że jest taki dobry).

mój chłopak myślał, że jak odnowię kontakt z moją byłą dziewczyną (tzn. pogodzimy się i znowu zaczniemy być razem, a pokłóciłyśmy się jakieś pół roku temu) to między nim a mną się poprawi. nie do końca potrafię wytłumaczyć jakimi torami jego myśli krążyły, wiem, że czuł, że zbyt dużo od niego wymagam (ja osobiście nie mam takiego zdania, “wymagałam” odwzajemnienia moich uczuć - on już dawno powiedział, że nie umie powiedzieć czy mnie kocha, wymawia się psychotropami, które bierze, mówi, że nie umie nazywać uczuć - poza tym zbyt często, według niego, chciałam się z nim spotykać - a chyba jeżeli ci na kimś zależy to chciałbyś spędzić z tą osobą każdą wolną chwilę, mylę się?) i myślał, że jeżeli nie będzie “moim jedynym”, to będę miała wszystko, czego potrzebuję, K wypełni pustą przestrzeń, którą do tej pory próbowałam wypełnić nim i że jeżeli będę wreszcie miała ją i przestanę tęsknić i żałować, że nam nie wyszło to będę szczęśliwa i przestanę się czepiać jego.

a ja się go nie “czepiałam” (on to nazwał z resztą bardziej dosadnie).. po prostu, często robił rzeczy, które mi się nie podobały, traktował mnie tak, że źle się czułam a ja próbowałam mu coś wytłumaczyć, żeby się zrozumiał i może zmienił swoje postępowanie. albo chociaż, kurwa, powiedział przepraszam. i tak, wiem, że nie na tym polega związek, żeby drugą osobę zmieniać. ja i G znamy się od dawna, ten związek jakby i we mnie i w nim długo dojrzewał (a w nim tak naprawdę dojrzał dopiero jak się po raz pierwszy raz rozstaliśmy, chociaż w sumie do tego, czy stało się tak rzeczywiście ja mam pewne wątpliwości), od zawsze wiedziałam, że ma ze sobą problemy i tak naprawdę stało się tak, że w pewnym momencie się literalnie od niego uzależniłam. nie wiem, czemu. może przez to, że długo byłam sama i już nie mogłam tego wytrzymać? nigdy do nikogo się nie przyznałam, że zaczęłam być z nim tylko dlatego, że on naciskał. pewnie gdyby nie to, to do naszego rzeczywistego związku nigdy by nie doszło. a bałam się, że go stracę. może wstyd było mi się przyznać nawet przed sobą, że poszłam do łóżka z gościem, do którego nic nie czułam (dopiero potem zaczęłam go kochać i to bardzo mocno, chociaż może nadal jest to tylko uzależnienie, nie potrafię tego niestety odróżnić). 

w każdym razie, nigdy nie miałam złudzeń, że nasz związek będzie idealny. z tym że byłam pewna, zawsze, że jeżeli ktoś chce bardzo mocno, że jeżeli bardzo mi zależy to jestem w stanie zmienić i naprawić wszystko, cały świat. i nas. i jego.

długo uczyłam się mówić o tym, co mi nie pasowało, zawsze zamykałam się w sobie i bałam się mówić w obawie, że kogoś stracę. a gdy w końcu zaczęłam rozmawiać, do czego mnie z resztą usilnie namawiał, bo rozmowa w związku jest przecież najważniejsza, zaczął mieć żal, że ja ciągle mam do niego pretensje. 

to nie moja wina, że w nim jest tyle.. złego pojmowania? nie wiem jak to nazwać. wiem, że wielu rzeczy nie rozumie, zbyt wiele spraw krytykuje, tych, które są dobre (np. jak ktoś za bardzo się o coś stara to robi z siebie idiotę i on nigdy nie zrobiłby z siebie takiego kretyna). odzywa się w nieodpowiedni sposób. do mnie. przeklina do mnie, mówi, żebym przestała się przypierdalać a jak go proszę, żeby tak nie mówił, to mówi “jak przestaniesz się przypierdalać to ja przestanę tak mówić”.

poza tym zdradził mnie parę razy a raczej.. wykorzystał to, że mi za bardzo na nim zależało i przecież ja o wszystkim wiedziałam, jak zostałam to znaczy, że się na to zgodziłam i nie powinnam mieć do niego pretensji.

i niby racja ale ja.. chciałabym faceta któremu jego sumienie nie pozwoliłoby zrobić czegoś takiego komukolwiek, zranić odzywać się w ten sposób, nie szanować.

i próbowałam to w niego wpoić i… i chuj.

no, w każdym razie mój G wymyślił sobie, że jak się pogodzę z moją byłą, to ona uzupełni to wszystko, czego mi brak do szczęścia i między nami będzie lepiej. próbowałam mu wytłumaczyć, że to nie w ten sposób działa. że jeżeli ktoś inny ma dać mi to, czego on mi nie daje, to dlaczego miałabym z nim zostać? że czy skoro w łóżku nam nie jest dobrze to ja powinnam sobie znaleźć jakiegoś kolesia do łóżka i być z nim cały czas, bo przecież my jesteśmy razem i jeżeli on mi czegoś nie daje to dają mi to inni?

nie, to nie tak działa. 

ale pogodziłam się z K. i nie, nie dlatego, że G mnie do tego namawiał. dlatego, że bardzo,  naprawdę bardzo mi jej brakowało i mimo, że wyglądało na to, że zrobiła mi niezłe świństwo, ja ciągle w środku nie wierzyłam, że było tak, jak to wyglądało. i nieważne już jak to się stało, ale się pogodziłyśmy.

muszę wrócić jeszcze na chwilę do przeszłości, mojej i K. nie będę wnikać w to, że ona też miała chłopaka (z którym po naszej kłótni się zaręczyła, ostatnio się rozstali i takie tam), ten człowiek, nie ma wstępu do mojego życia i myśli nim sobie, ani nikomu kto to kiedykolwiek przeczyta, zaprzątać nie będę. byłyśmy razem ale ja cały czas czułam się przez nią niedoceniona, wykorzystana, czułam, że z jej strony to jest taka “zabawa w bi” (w końcu zrobiło się to ostatnio “modne”). było nam zajebiście jako przyjaciółki bo miałyśmy, mamy takie samo poczucie humoru, zajebiście się razem czujemy i tak dalej. ale, jak mówiłam, ja potrzebuję wzajemności. nie chcę tylko opiekować się kimś, potrzebuję też, żeby ktoś zaopiekował się mną. 

często też czułam się winna, jeżeli nie znalazłam czasu, żeby się spotkać z nią, wyciągnąć ją z “dołka”. nie zawsze się da… a wtedy każdą swoją wolną chwilę poświęcałam na nią. (jak widać mam skłonności do uzależnień)

no.. a teraz, jak się pogodziłyśmy ona zaczęła mówić o swoich uczuciach. i mówi, że ona mnie chce, że chce być ze mną, że tęskni za mną i tak dalej. moja podejrzliwość węszy podstęp. ale w pierwszym momencie nic takiego nie miało miejsca, była po prostu nieograniczona euforia, że jest, że wróciła, że jest dla mnie, że może być wszystko tak, jak marzyłyśmy, że weźmiemy ślub, że będzie pięknie. mówiłam jej też dużo rzeczy.

potem euforia minęła i zaczęłam.. boże, czuję się tak okropnie. teraz mam wątpliwości. dopiero teraz. jak już powiedziałam jej to wszystko czego nie powinnam. jak już się wkopałam.

jest jeszcze taka kwestia, że od dłuższego czasu nie za dobrze mi się układa z G (pewnie też dlatego, tak się ucieszyłam, że mam K, że jednak nie będę już sama, “jeżeli coś”). często się kłóciliśmy, przestaliśmy tylko dlatego, że jakby.. emocjonalnie oddaliłam się od niego. przez te zdrady, te kłótnie, jego reakcje na hm moją “śmiałość” w łóżku były czasem na przykład takie jak “ewww nie rób tak”. Albo przez.. jego komentarze na temat mojego ciała. Niby wiem, że mu się podobam, to były tylko takie drobiazgi, jak “mogłabyś się ogolić” czy coś, ale ja zawsze miałam mocno zaniżoną samoocenę, niemalże sama się siebie brzydziłam, brzydzę, więc to, czego potrzebuję to jest niemal bezgraniczna akceptacja. a on wpędził mnie w jeszcze większe obrzydzenie własnym ciałem, seksem, nagością w ogóle jakimikolwiek intymnymi sprawami. za każdym razem jak idę do niego to modlę się niemalże, żeby nic nie chciał seksualnego (mówię metaforycznie, jestem niewierząca), poza tym sam zapach seksu mnie obrzydza, dotykanie ciepłych i mokrych części ciała.. a najgorsze jest to, że moje ciało nie współgra z umysłem, bo ja chcę, chcę dojść, chcę poczuć ulgę, chcę się poczuć tak.. dobrze… i zawsze, jak już coś robimy to prawie później wymiotuję. kiedyś tak nie było… myślałam też, że z K będzie inaczej. co prawda jeszcze nic nie robiłyśmy, a nawet jak spotkałyśmy się ostatnio to byłam nadspodziewanie bardzo na nią napalona, ale boję się. i chyba się brzydzę. jestem napalona, ale nie chcę. i jeszcze bardziej siebie za to nienawidzę, że to robię. a naprawdę jest już dużo, może drobnych i głupich, ale jednak powodów dla mnie, do nienawidzenia samej siebie.to bardzo pogarsza sprawę.

znowu mam myśli samobójcze (w czerwcu prawie się zabiłam, ale mnie hm.. “uratowali”) znowu mam ochotę pokroić się na kawałki, zniszczyć się, poczuć ten ból, kiedy szkło przecina skórę. pojebane? myślcie sobie, co chcecie. nie zrozumiecie, jeżeli sami tego nie czuliście. 

trudno to opanować ale jakoś ostatnio daję radę.

to nie chodzi o samą śmierć, to chodzi o to, że ja chcę przestać czuć i myśleć. myślenie powoduje więcej uczuć. a ja ich nie chce. ostatnio coraz lepiej mi wychodzi nie myślenie. inaczej, nie rozmyślanie. nie zastanawianie się. odcinanie się od własnych uczuć. kiedyś myślałam, że w moim przypadku to skrajnie niemożliwe, a jednak. stale odwracam od tego swoją uwagę. 

boję się myśleć o przyszłości, o tym, co wyniknie z tego, co jest teraz, o tym, do czego doprowadzą moje teraźniejsze działania.. staram się nie myśleć.

gdzieś tam z tyłu głowy obija mi się myśl, że gdzieś tam jest osoba, która mi pomoże, która mnie.. “uratuje”?… nie psychiatra, nie psycholog, nie mama i tata. ja potrzebuję, żeby ktoś… dał mi to, czego potrzebuję. może przestanę się brzydzić? tak bardzo bym chciała.. może przestanę nienawidzić siebie. może przestanę się bać. może nauczę się wreszcie nie robić błędów.

może z K będzie dobrze? naprawdę nie wiem. im dłużej się zastanawiam tym silniejsza ogarnia mnie potrzeba ucieczki. natychmiastowej. 

to nie ma nic wspólnego z intuicją, z rozsądkiem. to tylko impuls, instynkt. 

boję się, że znowu ktoś mnie zrani.

szkoda, że G nie zdaje sobie sprawy z tego, że jego sposoby “naprawienia” naszego związku (to jest swatanie mnie z K i niemal wpychanie nas do jednego łóżka) mogą tylko doprowadzić do tego, że już ostatecznie oddalę się od niego. z resztą.. to też jest okropne, ale naprawdę, coraz bardziej wydaje mi się to już tylko kwestią czasu. w końcu i tak znowu pokłócimy się tak, że znowu go znienawidzę.

bo czasem go nienawidzę.

wiem w każdym razie, że już nie tęsknie za nim tak, jak kiedyś. 

(chcę zostać sama)